31 grudnia 2013

22. Otwarte wrota

15/12/2017
Z racji zamieszania z witryną, na której pierwotnie publikowałam blogi, musiałam przenieść wszystkie opowiadania. Tak naprawdę jestem w trakcie, przede mną jeszcze długa droga, a mam czas do 31 stycznia 2018, bo właśnie z tym dniem (mam nadzieję, że nie wcześniej) wszystkie blogi z końcówką blog.onet.pl i blog.pl znikną na zawsze. Łzy Marii Magdaleny przeniosłam w takim stanie, w jakim wisiały na Onecie — zawieszone i niezbetowane, ale kiedy tylko przytulę trochę więcej czasu, poprawię wszystko, co tu jest, wstawię akapity jak Bóg przykazał i pomyślę nad kontynuacją. Jestem już praktycznie na końcówce Kochanka Muz. Kiedy wrzucę epilog, prawdopodobnie LMM będą kolejnym opowiadaniem, za które się zabiorę.

Póki co tak tu będzie — biało i martwo. Odezwę się, kiedy przeniosę wszystkie opowiadania. 

31 lipca 2013

Rozdział 21

         — Kurwa, człowieku, dobrze się czujesz?
         Cała ociekałam mrożoną herbatą, do tego ogromna, ciężka szklanka roztrzaskała się na moim karku, tłukąc boleśnie moje wystające kręgi. Na czubku głowy miałam plasterek cytryny, a oczy zaklajstrowała mi lepka ciecz. Stojący za mną starszy mężczyzna otrzepał mnie z resztek szkła.
         — Co się pani tak piekli, to tylko herbata — mruknął.
         Kiedy otarłam z twarzy herbatę, zlustrowałam mego oprawcę. Wyglądał wyjątkowo nieprzychylnie. Jego lekko podkręcona, stalowoszara kozia bródka wydała mi się szczególnie odpychająca, choć jeszcze większą niechęć wzbudzały we mnie te pomarszczone wory pod szaroniebieskimi, rybimi oczami. Miał też krótkie, przerzedzone, siwiejące, lecz wciąż jeszcze ciemne włosy. Nie był przystojny, do tego ten nieprzyjemny wyraz twarzy… A ubrany był jak kloszard w letni poranek. Zbyt duża, poprzecierana na łokciach peleryna i wystrzępiona, nieco wyblakła szata sprawiała, że nie można byłoby go traktować poważnie.
         — Dla pana tylko herbata za dwa sykle, a dla mnie zniszczone ubranie, które z całą pewnością było droższe niż te pańskie łachy — zadrwiłam wciąż wściekła i rozdygotana. Materiał przykleił mi się nieprzyjemnie do pleców i karku, wywołując okropne dreszcze.
         — Ocenia mnie pani po odzieniu, choć nic pani o mnie nie wie.
         — Jednak jak cię piszą, tak cię widzą — odwarknęłam i natychmiast opuściłam lokal, rozbawiona jego śmiesznie podniosłymi słowami, które w jego ustach brzmiały groteskowo. 
         Szczyt bezczelności! Temu menelowi nie wystarczyło zniszczenie mojej szaty, musiał jeszcze wdać się ze mną w tę okropną dyskusję. A ja, głupia, zamiast odejść z godnością, dałam się wciągnąć w tę jałową, krótką rozmowę. Byłam wściekła nie tylko na niego, ale i na siebie. Odechciało mi się obiadu, odechciało mi się wszystkiego, więc wróciłam do wynajmowanego mieszkania, aby trochę ochłonąć. Idąc szybko niemal opustoszałą ulicą, wyrzuciłam niechlujnego czarodzieja z pamięci, choć szata wciąż lepiła mi się do pleców.
         Osiągnęłam względną stabilizację. Miałam złoto, dach nad głową, a dziecko rozwijało się w miarę prawidłowo. Tak mi się przynajmniej wydawało… Do pełni szczęścia brakowało mi tylko pracy i… Och, tak. Oczywiście. Zemsty. Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie szukać tej dziewczyny, ale to mnie nie odstręczało. Nie mogłam też odpuścić! Niemalże zniszczyła mi życie i musiała za to zapłacić własnym. Oko za oko, ząb za ząb. Nie mogłam pozwolić, aby wszystko uszło tej dziewczynie na sucho, zwłaszcza że teraz i ona znała moją tajemnicę. Jednak to wymagało dokładnego i sprytnego planu. Ja jednak miałam czas, choćbym miała ją ścigać całymi latami, znajdę ją i zabiję. Uczyniłam z tego cel swego życia.
         Wróciłam do domu i zamknęłam drzwi na klucz. Postanowiłam odzyskać dawne życie, a co za tym idzie, i dawnych przyjaciół. Napisałam więc list do Josephine.

         Moja droga —
         Problemy, które od dawna zalegały mi w głowie, ostatnimi czasy uleciały z niej i mogę… CHCĘ zacząć na nowo żyć.
         Mieszkam wśród ludzi, codziennie ich widuje. Nie przypuszczałam, że tak się kiedyś stanie. Dobrze wiesz, że nie przepadam za towarzystwem.  Sądzę jednak, że ta kwatera będzie dla mnie tylko chwilowym miejscem zamieszkania, choć bardzo mi się tu podoba. Tyle mam Ci do opowiedzenia… jednak wiem, że zabraknie mi na to pergaminu, więc mogę odsłonić jedynie rąbek tajemnicy. Ale jestem szczęśliwa. Mam nadzieję, że jesteś równie radosna i zapracowana jak ja.
         Pewnego dnia chciałabym się z Tobą spotkać. Zobaczyć, jak się zmieniłaś, jak Ci się wiedzie… Teraz przychodzi mi tylko życzyć Ci wszystkiego dobrego.
         Całuję,
         Mary Madeleine

         Wysłałam go dopiero siódmego września, nie wiedząc, jaka niespodzianka czeka na mnie w Świętym Mungu. Odwiedziłam szpital tak, jak się zobowiązałam, z ogromnymi nadziejami i chęciami. Pragnęłam zrobić jak najlepsze wrażenie na uzdrowicielu, który miał zaopiekować się naszą grupą, do której miałam się najpierw dostać. Jeszcze nigdy tak mi nie zależało. Przybyłam pół godziny wcześniej do sali numer pięć, gdzie zastałam… dwa tuziny nadgorliwych kandydatów zdeterminowanych tak, jak ja. Aby zostać uzdrowicielem, należało przejść szereg szkoleń i testów, które były piekielnie trudne i wyczerpujące, a trzeba było od czegoś zacząć. No, chyba że jakiś inny uzdrowiciel z tytułem profesora wykwalifikowanego zgodził się zorganizować przyspieszony kurs i wziąć nieopierzone pisklęta pod swoje skrzydła. Zdarzało się to jednak zbyt rzadko, aby kandydaci na magicznych lekarzy pokładali w tym swoje nadzieje. A i mnie pewność siebie coraz bardziej opuszczała; praca w Świętym Mungu zdawała się z minuty na minutę ode mnie oddalać.
         Usiadłam przy stoliku obok jakiegoś nieco zniewieściałego chłopczyka w moim wieku, zerkając na niego co jakiś czas. W większości ludzie oczekujący pod salą byli ode mnie grubo starsi, więc nie dziwiło mnie, że nie znałam ich z Hogwartu. Ale ten młodzieniec?
         — Nie wiesz może, jak przebiegają eliminacje? — zapytałam go.
Podejrzewałam, że chłopak zignoruje moje pytanie, ponieważ potraktuje mnie jak swoją rywalkę, ale on zrobił wszechwiedzącą miną i odparł:
         — Słyszałem, że pan Waste kieruje się raczej swoimi własnymi kryteriami niż stopniami z owutemów.
         — Nie widziałam cię w Hogwarcie…
         — Rodzice zapisali mnie do Durmstrangu. Nie obraź się, ale Albus Dumbledore się starzeje, McGonagall również… To już nie to samo, co dawniej, przydałby się zastrzyk świeżej krwi — odparł.
         Kogoś mi przypominał z tą swoją pełną samozadowolenia twarzą, niezwykle precyzyjnie ułożoną fryzurą i idealnie wyprasowaną szatą w kolorze dojrzałej wiśni… W sercu poczułam ostre, nieprzyjemne ukłucie.
         — Musiałaś słyszeć o tym, co ostatnio działo się w Hogwarcie — dodał, kiwając głową. — Dumbledore już sobie nie radzi, a nie jest już przecież taki młody… Aż dziwne, że tym razem nie zginęła żadna szlama. Podobno kilkadziesiąt lat temu jedna wykitowała, kiedy otworzono Komnatę.
         Uniosłam lekko brwi, słysząc te oceniające słowa z ust tak bardzo zniewieściałego chłopaczka. Sądziłam, że będzie w stu procentach popierał politykę Dumbledore’a, a przed Czarnym Panem drżeć będzie jak spróchniała staruszka. Najwyraźniej mylnie oceniłam go po wyglądzie. Był dziwny, ale czułam, że moglibyśmy się dogadać.
         — Gdybyś uczył się w Hogwarcie, z pewnością trafiłbyś do Slytherinu – mruknęłam. 
         — Całkiem możliwe, choć moi rodzice byli Puchonami. To nic złego posiadać nowoczesne poglądy. Nie jestem hipokrytą, mam czystą krew, żeby nie było wątpliwości. Takie przekonania nie czynią mnie przecież śmierciożercą, mordowanie kogoś tylko dlatego, że urodził się mugolem nie jest sprawiedliwe, choć…
         Umilkł, gdyż do sali wszedł szczupły mężczyzna w średnim wieku. Na wyblakłą szatę zarzucił sobie biały fartuch z godłem Świętego Munga i stanął za podniszczoną katedrą. Jego twarz wydała mi się znajoma, choć uzdrowiciel znajdował się zbyt daleko, abym mogła mu się lepiej przyjrzeć. Starałam się wytężyć wzrok, aby się upewnić, że to było przywidzenie, choć serce zaczęło mi szaleć w piersi. Dopiero w chwili, kiedy przemówił, zdałam sobie sprawę z tego, skąd go kojarzę, a na dno żołądka opadła mi jakaś ogromna lodowa kula:
         — Witam was. Bez zbędnych ceregieli przejdźmy do rzeczy. Maksymilian Brown, zapraszam do mnie.
         Automatycznie przylgnęłam do blatu kulawego stolika, przy którym siedziałam, a mój poprzedni rozmówca rzucił mi pogardliwe spojrzenie. Poczułam się tak, jakby wszystkie moje wnętrzności wywróciły się na lewą stronę. To ten czarodziej z restauracji! Jakim cudem…? Jak…?! Znalazłam się w pułapce. Ale skąd miałam wiedzieć, że tamten wulgarny obdartus to wzięty uzdrowiciel? W niczym go nie przypominał! A ja na niego nakrzyczałam i sobie poszłam! Jak mogłam wykazać się tak porażającym brakiem wyobraźni? To przecież oczywiste, że jeśli człowiek jest surowym fanatykiem, ma także swoje fanaberie i dziwactwa. Wszystko skończone. Mogłam zapomnieć o tym stażu! Chociaż… zaraz, zaraz. Nie! Jeszcze nie wszystko stracone! Mogłam przecież trochę zmienić swój wygląd, może mnie nie pozna…
         Z całej siły zacisnęłam powieki. Skupiłam się tak, że poczułam, jak rumieńce kwitną na moich policzkach. Chłopak siedzący obok mnie szepnął mi do ucha:         
         — Dobrze się czujesz?
         Wzdrygnęłam się lekko i podniosłam głowę. Moje włosy wciąż były krótkie i ciemne, ale… Czego ja oczekiwałam? Że chude, łyse, blade dziewczę w sposób niezauważony stanie się nagle ciemnoskórą, rudowłosą grubaską? Zrezygnowana, z szalejącym w piersi sercem i nieprzyjemnym uściskiem w żołądku czekałam, aż Waste mnie wywoła, pozna i z całą pewnością wyśmieje, a później wyrzuci z sali. Wpadłam w wykopany przez siebie dołek.
         — Fabian Perdidi.
         — Och, to ja! — ucieszył się mój sąsiad i poderwał się z krzesła.
         Patrzyłam, jak chłopak przeciska się między ciasno ustawionymi stolikami i potrąca zestresowanych, niezadowolonych kandydatów na stażystów. Gdy szedł pewnym krokiem, poprawiał sobie dyskretnie szatę. Nadal go obserwowałam, ale moje oczy były niewidzące, a zmysł słuchu prawie całkowicie wyłączony, ponieważ byłam pogrążona we własnych myślach. Ponurych myślach. Pierwszy raz przemknęło mi przez myśl, że bardziej opłaca się być miłą dla obcych ludzi. Nigdy nie wiadomo, na kogo trafię i kim ta osoba będzie dla mnie w przyszłości, ale… Jakim cudem to się w ogóle mogło stać? Czy życie niewystarczająco mnie doświadczyło? Kto wymyślił te durne zasady, że bycie miłym popłaca?
         — Mary Madeleine Francis.
         Coś ścisnęło mnie w żołądku, kiedy usłyszałam jak przez mgłę swoje imię i nazwisko. Wstałam powoli, a serce łomotało mi w piersi jak szalone. Ruszyłam powoli między ławkami, zbliżając się do kontuaru tak, jakbym szła na ścięcie, a kolana dygotały pode mną, jakby się miały za chwilę pode mną załamać. Mój strach był porównywalny do tego, kiedy nieumiejętnie usiłowałam okraść tę staruszkę pod Borginem i Burkesem. Gdy zatrzymałam się przed uzdrowicielem, ten spojrzał na mnie swymi rybimi, bladymi oczami, w których błysnęło coś na kształt rozpoznania.
         To był Sąd Ostateczny.
         Przez chwilę milczał, delektując się tą chwilę i moim pełnym przerażenia wzrokiem, którego nie potrafiłam spuścić. Wyciągnął z teczki opisanej moim imieniem i nazwiskiem kartkę z wynikami owutemów i przyjrzał się im, a ja patrzyłam, jak kąciki jego wąskich ust drgają impulsywnie pod mgiełką stalowoszarego dwudniowego zarostu.
         — Miło panią znowu spotkać. Kto by pomyślał, prawda? — zapytał aż do przesady uprzejmie, a ja wyczułam w tym jadowitą ironię. Odłożył teczkę i dodał: — Możesz już wracać do domu.
         Serce prawie mi stanęło, choć przecież spodziewałam się takiego finału. Tego się spodziewałam. Wszystko skończone, aczkolwiek poczułam swego rodzaju ulgę, gdyż nie potraktował mnie nieuprzejmie. Nie zadrwił sobie ze mnie tak, jak ja zakpiłam sobie z niego. Z ciężkim sercem ruszyłam w stronę drzwi. Miałam pustkę w sercu, czułam się tak, jakbym była w środku całkiem wydrążona, nie miałam pojęcia, co teraz robić. Gdzie się udać… Co począć. Od zawsze widziałam się tylko i wyłącznie właśnie w zawodzie uzdrowicielki. Położyłam już dłoń na klamce; w głowie miałam dziurę.
         — Jutro o godzinie szóstej rano. Nie lubię spóźnialskich, rozumiemy się?
         Odwróciłam się błyskawicznie, nie wierząc własnym uszom. Spojrzałam na czarodzieja, aby upewnić się, czy te słowa aby na pewno skierowane były do mnie. Waste przyglądał mi się, a w jego oczach płonęła jadowita satysfakcja. Uśmiechał się, ale był to grymas, którego nie powstydziłby się nawet sam profesor Snape. Błyskawicznie opuściłam komnatę, wciąż przeszukując swój umysł, aby zrozumieć, dlaczego to zrobił, ale miałam tam tylko i wyłącznie białą plamę.
         Na korytarzu spotkałam kilkanaście osób, które czekały na wyniki, drepcząc niespokojnie w miejscu.
         — I co, jak ci poszło? — zapytał chłopak, którego uzdrowiciel wezwał na samym początku; nazywał się chyba Brown, a towarzyszący mu młodzi ludzie natychmiast rzucili się w naszą stronę w nadziei, że dowiedzą się czegoś nowego.
         — Waste powiedział, że mam jutro przyjść punktualnie o szóstej rano. – W ustach miałam najprawdziwszą pustynię, a język chyba przykleił się do podniebienia, bo przez jakiś czas nie potrafiłam sklecić najprostszego zdania. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Wszyscy wytrzeszczali na mnie oczy.
         — Musiałaś mu się spodobać, chociaż… Nie obraź się, ale nie powalasz urodą. Masz jakieś znajomości, co? — zaczepił mnie Fabian Perdidi.
         Teraz z kolei zaczerwieniłam się gwałtownie; nie chciałam już ani rozmawiać, ani nawet myśleć o tym wydarzeniu w restauracji. Komentarz tego chłopaczka pewnie by mnie uraził, gdybym nie była tak przerażona i szczęśliwa po tym, co wydarzyło się w pokoju. Mało tego, w głębi serca nawet zgodziłam się ze słowami, że nie wyglądałam najlepiej; ech, przynajmniej nikt nie pokusi się o osąd, jakoby dostałam się na staż przez łóżko.
         — Kilka dni temu tak jakby… Nakrzyczałam na niego w pewnym lokalu na Pokątnej — odparłam, a wszyscy zaczęli się śmiać, aby rozładować napięcie w stresującym czasie oczekiwania.
         Choć moja sytuacja była już jasna, postanowiłam poczekać, aż przesłuchanie się skończy; nurtujące mnie pytanie z pewnością nie dałoby mi tej nocy zasnąć. Musiałam się upewnić…
         Dwie godziny później, kiedy z sali wyszli wszyscy potencjalni stażyści, Waste pojawił się na korytarzu i przybił do obdartej, korkowej, wiszącej na ścianie tablicy ręcznie zapisaną kartkę, a wszyscy oczywiście rzucili się w jej kierunku z nadzieją, że ich nazwisko znajduje się na liście, ja natomiast pobiegłam za uzdrowicielem.
         — Zaraz! Niech pan zaczeka… Niech pan zaczeka! Dlaczego pan mnie przyjął? — zawołałam za nim.
         Waste zatrzymał się. Wyglądał na bardzo rozbawionego tą sytuacją, której najprawdopodobniej się spodziewał, ba, można byłoby powiedzieć, że nawet jej oczekiwał. Znów się uśmiechnął i znów był to ten sam jadowity grymas, którym obdarzył mnie jakiś czas temu w pokoju.
         — Masz charakterek, dziewczynko. Jeśli tego nie spieprzysz, możesz zostać uzdrowicielem. Poza tym pomyślałem, że będzie zabawnie.

___________

         Dzisiejszy rozdział zawdzięczamy… urodzinom pani Rowling! Gdyby nie nasza Mistrzyni, nie pisalibyśmy i nie czytalibyśmy fanfików. No i oczywiście Harry’ego, więc wielkie i gorące „sto lat” dla niej. Kolejnego rozdziału tutaj możecie spodziewać się dopiero po pielgrzymce za jakieś dwa tygodnie, ósmego sierpnia także zapraszam Was na Douce-Fleur, gdzie będzie kolejny odcinek z okazji rocznicy. Teraz zaś możecie wejść na Proroka-Frozenki, możecie tam poczytać o różnych ciekawostkach związanych z HP, a także o innych rzeczach xD Dedykacja dla Marzycielki. :*

19 czerwca 2013

Rozdział 20

         Bardzo chciałam natychmiast udać się do Banku Gringotta, jednak po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że gobliny, które są z natury podejrzliwe, pomyślałyby, że nie przybywam do nich z czystymi zamiarami — byłam brudna, cała przesiąkłam stęchlizną, którą było czuć w całym domu, a moje szaty były w opłakanym stanie. Musiałam jeszcze przez ten krótki moment zmusić umysł do planowania. Nie mogłam jednak zasnąć, więc postanowiłam przeczytać listy, które przekazał mi Snape. Przez wszystkie dni mojej tułaczki bardzo często myślałam o Josephine, aczkolwiek były to jedynie jakieś mgliste wspomnienia i obrazy, które niczego nie wnosiły. Czasami nawet kusiło mnie, aby w jakiś sposób się z nią skontaktować, spotkać się lub chociaż wysłać sowę, aby się nie martwiła… Jednak kiedy już zaczynałam zastanawiać się, co napisać, ogarniał mnie paraliżujący strach. Obawiałam się, że coś mogło mi się coś stać. Uwielbiałam swoją szkolną przyjaciółkę, ale jakoś nie potrafiłam w stu procentach jej zaufać.

         Mary Madeleine,
         już dawno miałam do Ciebie napisać, ale ostatnie wydarzenia w Hogwarcie wymiotły mi to z głowy. Komnata Tajemnic, śmierć Lockharta, a konkretniej jego morderstwo.
         Rozmawiałam ze Snape’em o tym, co się wydarzyło, ale nic mi nie chciał powiedzieć (burak jeden). Pewno musisz się czuć strasznie. Przez chwilę nawet myślałam, że coś sobie zrobiłaś, ale Ty przecież taka nie jesteś. Poza tym to faktycznie był głupi facet. Nie warto.
         Kiedy dostaniesz ten list, proszę, odpisz mi. Musimy się natychmiast spotkać!
         Josephine
         PS: Nie zabrałaś swoich rzeczy, więc wzięłam je do siebie.

         Kiedy przeczytałam postscriptum, serce mi się uradowało. Kochana Josephine, o wszystkim pomyślała! Często w duchu narzekałam na nią, że wciąż i wciąż się martwi, jest o wiele cichsza ode mnie i ma nieco spaczony system wartości w życiu, ale, koniec końców, jej rozsądek i dobre serce okazały się przydatne. Musiałam jak najszybciej zabrać od niej swoje rzeczy, bo w walizce miałam przecież schowane wyniki z SUMÓW, które były niezbędne, abym mogła starać się o jakąś lepszą pracę.
         List od Poncjusza okazał się być o wiele bardziej żartobliwy, co trochę poprawiło mi humor, ponieważ po wielu tygodniach udręki bardzo tego potrzebowałam. Byłam pewna, że list ów napisany był z o wiele większym taktem, gdyby Poncjusz znał całą sytuację.

         Mary!
         Nie mam pojęcia, dlaczego tak nagle zniknęłaś. Na samym początku pomyślałem, że ma to związek z Komnatą Tajemnic, lecz w końcu doszedłem do wniosku, że przestałaś znosić idiotyczne zachowanie niektórych.
         A, właśnie. Rozwiązała się sprawa z Komnatą Tajemnic. Nie zgadniesz, kto ją otworzył! To ta smarkula, Ginny Weasley, została opętana, tak przynajmniej mówią. Josephine podsłuchała, jak Snape rozmawia o tym z Dumbledore’em. Nie mam pojęcia, co ona tam robiła, myślisz, że mają jakiś romans czy coś? Ona mi na taką wygląda. A wybawcą Weasley został nie kto inny, jak Harry Potter. Nie wiem jak Ty, ale z tego powodu się cieszę, że opuszczam Hogwart. Ta szkoła schodzi na psy…
         Zapewne uraduje Cię jeszcze jedno — Lockharta ktoś zamordował. Josephine zamartwiała się tym tak, jakbyś to Ty go zabiła i zbiegła z miejsca przestępstwa. Czasami jest taka naiwna… Ale w gruncie rzeczy to dobra dziewczyna. Choć niejednokrotnie jest irytująca. I zrzędliwa. I upierdliwa. No dobrze, może przesadzam.
         Mam nadzieję, że się rychło spotkamy.
         Poncjusz

         Pierwsze, o czym pomyślałam po przeczytaniu tego listu, to co Poncjusz sądził o mnie i czy faktycznie podejrzewał, że mogłam zabić Lockharta. Zaciekawiło mnie, dlaczego to właśnie Harry Potter ocalił porwaną uczennicę. Naturalnie, rozumiem — Gryffindor zobowiązuje. Ale był on małym, niedouczonym kotem; jakim cudem otworzył wejście do Komnaty? No i cóż to była za siła, która opętała Ginny Weasley? Czyżby w Komnacie Tajemnic drzemały jakieś nieznane mi moce? Oznaczało to, że Czarny Pan nie powiedział mi o wszystkim, aczkolwiek to było do przewidzenia. Nie było to dla mnie zaskoczeniem, ponieważ, mimo że w ogóle nie znałam swego ojca, wiedziałam, jaki on był. Wszyscy wiedzieli i wszyscy o tym mówili. Gardził prawdą. Był samotnikiem i lubił to. Aż dziwne zdało mi się, że zadał się z kobietą, a później zaakceptował dziecko, które począł. Musiał mieć w tym jakiś cel. Zastanawiałam się, dlaczego w ogóle moja matka zniknęła. Nigdy nie odnaleziono jej ciała, lecz raczej pewne było, że nie żyje. Ale kto ją zabił? Nie umarła przy porodzie, to wiedziałam. A ja zostałam podrzucona na próg sierocińca w środku nocy. Wielokrotnie zastanawiałam się, czy to nie mój własny ojciec nie dopuścił się tej zbrodni; zapewne chciał pozbyć się jedynego świadka jego uczuć. Albo nie chciał być krępowany i ograniczany przez kobietę, a przecież dziecko można odpowiednio wychować. Niestety nie udało mu się to, bo zaledwie kilka lat później zniknął. Jaka wielka szkoda. Nie przypominam sobie, abym z kimś mieszkała, zanim trafiłam do sierocińca, żyłam tam od zawsze, jednak opiekunki zawsze mówiły mi, że miałam już prawie rok, kiedy odnalazły mnie na progu. W koszyku, w którym leżałam, znajdowała się także karteczka z moimi danymi. To wszystko. Cała historia, która owiana była tajemnicą nawet dla mnie. Matki nie pamiętałam, a ojciec był dla mnie zwykłym mężczyzną, jakich było wiele na ulicach Londynu. No, może z jedną jedyną różnicą — był tylko mordercą. Tak, jak teraz ja. Nie żywiłam do niego ani ciepłych, ani chłodnych uczuć, był mi zwyczajnie obojętny. Miałam tylko nadzieję, że pewnego dnia powróci i wprowadzi mnie w końcu do lepszego świata.

         Kiedy tylko wzeszło słońce, natychmiast zabrałam ze sobą Szaula i teleportowałam się. Nie było na co czekać. Nawet nie zważałam na to, że mam na sobie brudną, połataną szatę, a sama wyglądałam jak najgorszy włóczęga. Nareszcie mogłam żyć normalnie. Dziś miało się zmienić moje… nasze życie.
         Mimo wczesnej pory, na ulicy Pokątnej znajdowało się całe mnóstwo ludzi. Co prawda byli bardzo zlęknieni i jakby poirytowani, nie było w nich ani krzty dobrej energii, ale jednak robili zakupy. Do sklepowych witryn oraz ścian kamienic przytwierdzone były ogromne plakaty z czarno-białą fotografią brudnego, wychudzonego mężczyzny z długimi splątanymi włosami. Poszukiwany nazywał się Syriusz Black; to on musiał uciec z Azkabanu, tak, Snape coś o nim wczoraj wspominał. Nie miałam pojęcia, kim był ten mężczyzna, ba, mało mnie to interesowało, więc nawet na chwilę nie zawiesiłam na owym plakacie wzroku. Nie byłam w stu procentach pewna, ale bywalcy Pokątnej przyglądali mi się tak, jakbym to ja była tym zbiegłym więźniem. Nie mogłam się im jednak dziwić, wyglądałam strasznie.
         Gobliny w Banku Gringotta również patrzyły na mnie podejrzliwie. Wydawały się być obrażone i zbulwersowane faktem, że ich królestwo odwiedził taki obdartus; jeden z nich, ten, który pomagał mi w dotarciu do mojej krypty, trzymał się jak najdalej ode mnie i zerkał w moją stronę z niepokojem, jakbym była roznosicielką jakiejś strasznej choroby, do tego marszczył nos, ale nie dziwiłam mu się — musiałam wydzielać okropne wonie. Dopiero wtedy, gdy otworzyły się ogromne, żelazne drzwi do mojego depozytu, zdębiał. W mrocznym, zimnym wnętrzu znajdowały się ułożone precyzyjnie w kolumny złote, srebrne i brązowe monety, a sięgały sufitu. Zagarnęłam do jednej ze skórzanych sakiewek leżach pod ścianą tyle galeonów, ile zmieściło się w woreczku, po czym wycofałam się na szeroki korytarz, czekając, aż goblin zamknie drzwi i odda mi kluczyk.
         Kiedy wyszłam na zewnątrz, byłam już innym człowiekiem, przynajmniej dla społeczeństwa. Miałam złoto, więc coś dla tych ludzi znaczyłam. Zaraz po odebraniu pieniędzy z depozytu w Banku Gringotta udałam się do Dziurawego Kotła; tam mogłam wszystko przemyśleć i coś zjeść. Mój pierwszy ciepły posiłek do syta od bardzo wielu tygodni. Z nabożną miną przyglądałam się ogromnemu cielęcemu kotletowi, parującemu stosowi młodych ziemniaków, a cudowne aromaty tak rozkosznie wypełniły moje nozdrza, że przez moment nie robiłam nic, tylko wąchałam. Kiedy żułam powoli każdy kęs, czułam, jak wypełnia mnie cudowne, paraliżujące człowieczeństwo. Wcześniej należałam do upadłej podgrupy marginesu społecznego. Co prawda znalazłam się tam po części ze swojej winy i głupoty, lecz mimo że fizycznie odbiłam się od dna, moja dusza wciąż należała do świata morderców, prostytutek, oszustów i złodziei. Byłam jedną z nich, przecież zabiłam człowieka. Ale… jakiego człowieka! Lockhart był kłamcą i zdrajcą, chciał pozbawić mnie pamięci, wtrącić do Azkabanu za śmierciożerstwo i stworzyć jakąś podniosłą historię, która po raz kolejny zrobi z niego bohatera. Lecz ja mu na to nie pozwoliłam. Byłam pierwsza, silniejsza, a przede wszystkim szybsza. Gdybym cofnęła się w czasie i na nowo ujrzała tę pamiętną scenę, uczyniłabym to samo. Żałowałam tylko jednego: że pozwoliłam uciec tej wywłoce.
         Po spożyciu śniadania pierwszy raz od bardzo — dawna syta i spokojna — stwierdziłam, że najrozsądniej będzie zakupić nowe szaty, doprowadzić się do porządku, a dopiero później zacząć szukać mieszkania i pracy. Oczywiście pierwsze, o czym pomyślałam, to Szpital Świętego Munga, ale tam leczyli naprawdę znakomici uzdrowiciele. Musiałabym przejść wiele kursów i szkoleń, aby mieć nadzieję na jakieś zatrudnienie. Oczywiście nie była to prywatna klinika, lecz zawsze to coś. Nie mogłam jednak zacząć starać się o pracę w takim stanie. Pierwsze, co powinnam zrobić, to zrobić podstawowe badania, upewnić się, czy z moim nienarodzonym dzieckiem wszystko w porządku, no i wrócić do formy. Przecież wyglądałam jak żebraczka, nikt by mi nie zaufał.
         Dlatego natychmiast zakupiłam Proroka Codziennego, odnalazłam stronę z ogłoszeniami i wczytałam się w nią. Chciałam wynająć mieszkanie, ale nie w jakiejś mugolskiej dzielnicy, tylko pomiędzy czarodziejami. Byłam teraz całkiem sama, musiałam czuć, że jestem wśród swoich. Po tak długim czasie przeżytym w skrajnej samotności potrzebowałam towarzystwa ludzi, po prostu potrzebowałam! Jednak ogłodzenia nie były zbyt zachwycające. Albo zbyt drogo i za miastem, albo w mugolskich kamienicach. Rozważałam nawet zakupienie małego mieszkanka w Hogsmeade, dopóki nie natknęłam się na ogłoszenie z ulicy Pokątnej. Oczywiście pięćdziesiąt sześć galeonów na kwartał to trochę dużo jak na dwupokojowe mieszkanko z łazienką i kuchnią, ale to w końcu centrum Londynu. Po prostu musiałam się zdecydować. Dlatego natychmiast wysłałam sowę do właściciela mieszkania z prośbą o spotkanie. Zaczynałam nowe życie i faktycznie — nikt nie zamierzał mi go zniszczyć.

*

         — Proszę wejść i obejrzeć, proszę bardzo… Tu jest kuchnia.
         Właściciel mieszkania przy ulicy Pokątnej na pierwszym piętrze postanowił spotkać się ze mną dopiero na drugi dzień, więc tę noc musiałam spędzić w Dziurawym Kotle. W ten czas doprowadziłam się do porządku i zakupiłam nowe szaty, aby nie odstraszyć od siebie pana, od którego chciałam wynająć lokal. Klatka schodowa nie zachwyciła mnie; ściany ciemne i odrapane, z sufitu złuszczała się poszarzała farba, a ja nie dostrzegłam ani jednej pochodni czy świecy, ale kuchnia zaraz naprzeciwko drzwi okazała się być naprawdę przytulna, łazienka zaś — mimo że maleńka i naprawdę ciasna — czysta i jasna. Jeden pokoik z raczej wąskim dwuosobowym żelaznym łóżkiem łączył się z mniejszym, który najprawdopodobniej musiał służyć za salonik. Nie był to pięciogwiazdkowy apartament, ale wyglądał o wiele lepiej niż pokój w Czarnym Neptunie albo w sierocińcu, w  którym się wychowałam. Chciałam zacząć nowe życie i to miejsce z całą pewnością mi w tym pomoże.
         — I co, podoba się? — zapytał starszawy właściciel mieszkania, kiedy rozglądałam się po czystej, lecz nieco ubogo umeblowanej kuchni.
         Wszystkie sprzęty były sprawne i nawet ładne, lecz bardzo proste i jasne, co mogło działać na moje zmysły przygnębiająco, jednak mieszkanie ulokowane było w centrum Londynu, wszędzie miałam blisko… Nie miałam potrzeby zastanawiać się dłużej, nawet nie pomyślałam, dlaczego tak wygodnie ulokowana kawalerka jeszcze nie znalazła mieszkańców. Uśmiechnęłam się chyba pierwszy raz od wielu tygodni, a moja twarz wydała mi się jakaś sztywna.
         — Bardzo mi się podoba, chciałabym wynająć — odparłam.
         — Nie chce się zastanowić?
         — Nie.

         Żadnego wahania. Jeszcze tego samego dnia podpisałam umowę i wpłaciłam właścicielowi mojego nowego zakwaterowania tyle złota, aby wystarczyło na pół roku wynajmowania. Nie musiałam nigdzie wracać, nie miałam przecież żadnych rzeczy, które miałabym przenieść. Teraz musiałam znaleźć pracę, aby utrzymać siebie i, oczywiście w rychłej przyszłości, dziecko. Mój maleńki majątek nie mógł wystarczyć na długo, głupio byłoby przejeść wszystkie spoczywające w podziemnej skrytce oszczędności, dlatego musiałam jak najszybciej udać się do Świętego Munga. Miałam wszystko, czego wymagali od stażystów, był tylko jeden problem: wkrótce miałam powić swe pierworodne dziecko. To mogło utrudnić mi znalezienie pracy w tak poważnym i odpowiedzialnym zawodzie przez bardzo wiele lat. Ale teraz postanowiłam odpocząć. Choć przez chwilkę.
         Wprowadziłam się tak szybko, jak mogłam, czyli natychmiast. Nie posiadałam żadnych rzeczy osobistych, więc zamieszkałam na Pokątnej jeszcze tego samego dnia, przyrzekając sobie, że już nigdy nie odwiedzę tych obskurnych, ponurych pubów  na Śmiertelnym Nokturnie.
         Gdy zamknęłam drzwi za właścicielem mieszkania, przycisnęłam wielkie żelazne klucze do piersi i poczułam się w końcu bezpiecznie. Miałam swój kąt, w którym nikt nie mógł mnie skrzywdzić, do tego moje życie było minimalnie ustabilizowane, czego tak bardzo brakowało mi przez ostatnie tygodnie. Myśli o Lockharcie wciąż sprawiały mi ból, ale sam fakt, że udało mi się podnieść po tej tragedii był dla mnie sporym pocieszeniem. Jeszcze tego samego dnia udałam się do Dziurawego Kotła na kolację, do tego postanowiłam jadać tam tak często, jak tylko się dało. Nie potrafiłam gotować. Wciąż czułam się trochę nieswojo w miejscach publicznych, przez które przewijało się zbyt wielu obcych, obawiałam się, że już nigdy nie będę taka jak dawniej. I nie miałam na myśli morderstwa Gilderoya Lockharta, tylko to, jak idiotycznie się po tym zachowałam. Mogłam zostać w Hogwarcie, gdzie miałam osoby, na które zawsze mogłam liczyć, miałam Snape’a, który zawsze mógł mi pomóc… A teraz wszystkie mosty już spalone. Mogłam tylko iść naprzód, mając nadzieję, że będę mieć takie szczęście, jakie spotkało mnie dawno temu i które zaprzepaściłam przez moją własną głupotę.

         Mimo plotek, które krążyły o ucieczce Syriusza Blacka, ja żyłam tak normalnie, jak tylko się dało. Pomyślałam sobie, że nadszedł czas, aby poszukać sobie jakiegoś zajęcia. Nie mogłam wiecznie leniuchować, szybko zaczęłam się dusiłam z bezczynności. Postanowiłam udać się do Szpitala Świętego Munga, gdzie chciałam zapisać się na jakiś kurs i być może otrzymać kiedyś pracę. Uzdrowicielką nie będę, a przecież od czegoś trzeba zacząć. Wciąż nie wyglądałam najlepiej, miałam króciutkie włosy, byłam szczupła aż do przesady, choć tragiczny stan mojej twarzy i ciała nieco się poprawił. Mimo to kobieta siedząca w informacji zmierzyła mnie natychmiast wzrokiem wyrażającym krytykę. Gapiła się na mnie, kiedy szłam powoli w kierunku biurka, za którym siedziała.
         — Dzień dobry, chciałabym zapytać, czy można jeszcze zapisać się na kurs do uzdrowiciela Dianthusa Waste’a — odezwałam się, a jasnowłosa czarownica odszukała w stercie różnokolorowych ulotek i broszurek jedną — prostą i błękitną, na którą rzuciła okiem i mruknęła:
         — Tu jest napisane, że pan Waste przyjmuje kursantów do czwartego września.
         — Dokładnie, czyli do jutra. Mogę dostać arkusz?
         Z uśmiechem czekałam, aż blondynka znajdzie odpowiedni dokument, a wzdychała i krzywiła się przy tym tak ostentacyjnie, aż miło było posłuchać i popatrzeć. Kiedy nareszcie wręczyła mi kilka pergaminowych kartek, usiadłam nieopodal magicznego wejścia i zajęłam się wypełnianiem arkusza. W międzyczasie zastanawiałam się, na czym ów kurs będzie polegał. Z całą pewnością rozpocznie się testami, Dianthus Waste musiał być szanowanym i cenionym uzdrowicielem, więc na praktyki do niego pewnie będzie bardzo ciężko się dostać. Nie miałam pojęcia, jak mógł wyglądać, ale kiedy byłam tutaj kilka dni wcześniej, aby dowiedzieć się, czy można dostać tu jakąś pracę, słyszałam o nim różne plotki, głównie to, że był specyficzny, lecz nie miałam zielonego pojęcia, co mogło to oznaczać.
         Pół godziny później, kiedy odpowiedziałam już na wszystkie pytania zawarte w arkuszu i oddałam plik kartek kobiecie siedzącej za biurkiem, ta poinformowała mnie z wielką łaską:
         — Siódmego ma się pani zgłosić o godzinie ósmej rano w sali numer pięć. I radzę się nie spóźnić.
         Uniosłam lekko brwi, ale nie skomentowałam tego, podziękowałam za wiadomość i opuściłam szpital, mając nadzieję, że nie będzie to moja przedostatnia wizyta w tym miejscu. Przynajmniej w celu znalezienia pracy.
         Jako że była pora obiadowa, natychmiast powróciłam na Pokątną i udałam się do restauracji Vieux Sirene. Od momentu, kiedy udało mi się wyciągnąć z Banku Gringotta trochę pieniędzy, zaczęłam przywiązywać do posiłków bardzo dużą wagę, a obiady jadałam w przeróżnych miejscach, aby zaspokoić swą nienasyconą potrzebę poznawania nowych smaków. Vieux Sirene. Było to zupełnie nowe, eleganckie, lecz niezbyt drogie miejsce, które lubiłam od czasu do czasu odwiedzać. Usiadłam na zewnątrz pod ładnym parasolem i otworzyłam kartę. Zanim jednak zdążyłam cokolwiek wybrać, poczułam na karku ból i okropny, nieprzyjemny chłód, który sprawił, że poderwałam się z miejsca.

___________

         No i Mary Madeleine zaczyna nowe życie, skończyło się nudne smęcenie, mam nadzieję, że to się Wam bardziej spodoba. Dedykacja dla Blackie :* Do tego zapraszam Was na nowego bloga, gdzie publikować będę aktualności dotyczące wszystkich moich fanfików. xD

6 czerwca 2013

19. Ten, który ocala

         Dni wlekły się niemiłosiernie, a ja czułam się tu jak w więzieniu. Miałam, nadzieję, że ucieczka z Czarnego Neptuna przyniesie coś nowego, jakieś… perspektywy… Ale okazało się, że wpadłam z deszczu pod rynnę. Nie potrafiłam dostrzec lekcji, z której mogłam wynieść coś dobrego, choć zaistniała sytuacja z całą pewnością skutecznie utemperowała mój charakterek, do czego bezskutecznie dążyły opiekunki pracujące w sierocińcu. Gdy słońce widniało na niebie, nie wychodziłam na zewnątrz. Dla zabicia czasu czyściłam blaty w kuchni albo naprawiałam zniszczone sprzęty; od czasu do czasu widywałam w ogrodzie owego starego mugola i wtedy obserwowałam, jak sobie powoli dłubie w ziemi lub przycina żywopłot tym ogromnym, rdzewiejącym już sekatorem. Było na swój sposób to urocze, dziecięco urzekające. Ów mugol robił to tylko dlatego, że to kochał, a wiek i słabe zdrowie nie miały dlań znaczenia, kiedy opiekował się roślinami. Mimo to wydawał się być zgryźliwym i wiecznie skwaszonym starcem, ale gdy tylko niebo lśniło czystym, nieskazitelnym błękitem, w powietrzu unosił się ciepły, słodki aromat trawy, a słońce grzało mocno i rozkosznie, wychodził do ogrodu, a jego twarz była odprężona i spokojna. Ja również czułam się o wiele lepiej, kiedy na zewnątrz było jasno i przyjemnie, natomiast kiedy o brudne szyby waliły głośno krople deszczu, przez większą część dnia nie wychodziłam z łóżka, a Szaul krążył po szarej kołdrze z wysoko podniesionym ogonem i machał nim nerwowo. I tak mijały kolejne doby — bez szczęścia, celu czy jakiegokolwiek rozwoju. Stałam w miejscu.
         Czułam się podle. Tylko nocą udawało mi się zdobywać trochę jedzenia, a magia okazała się jeszcze bardziej przydatna, niż się spodziewałam. Zazwyczaj były to skradzione jajka, kukurydza, jakieś wykopane z ziemi warzywa bądź zerwane owoce; nie ryzykowałam włamania się do lokalnego supermarketu lub czyjegoś domu, gdyż przygoda pod sklepem Borgina i Burkesa dała mi bolesną nauczkę, której skutki wciąż oglądałam na swoich kolanach. Poza tym ze światem czarodziejów nie miałam w ogóle kontaktu, ale głupio byłoby utracić wolność z tak błahego powodu jak kradzież w mugolskim sklepie. Nie czytałam gazet, nie słuchałam radia — po prostu byłam. Czasami cierpiałam z powodu straszliwej samotności, choć powoli przyzwyczajałam się do swojego towarzystwa. Łzy same płynęły mi po zapadniętych policzkach; nie miałam pojęcia, jak bardzo są one zapadnięte, ponieważ wszystkie zwierciadła w tym domu były albo tak brudne, że nie sposób było cokolwiek w nich dojrzeć, albo rozbite w drobny mak, chociaż domyślałam się, że nie przypominam okazu zdrowia, więc nie szukałam swego odbicia. Potrafiłam jednak ocenić, jak mogą wyglądać moje włosy — miały już kilka dobrych milimetrów długości, ich barwa była kasztanowa, lecz tak mocno wypłowiała, że z trudem mogłam odgadnąć, czy mam rację co do ich koloru. I wciąż były bardzo słabe; często znajdowałam te małe, cieniutkie igiełki na poduszce albo na podłodze pod parapetem, na którym często przesiadywałam. Rany na dłoniach także się ładnie zagoiły, choć pozostały grube, wypukłe blizny. Był to jedyny jaśniejszy punkt w moim obecnym życiu. Czasami zastanawiałam się, po co w ogóle potrzebne były mi długie, piękne włosy i aksamitna skóra bez żadnej skazy, skoro codziennie przymierałam głodem, a światło oświetlające przyszłość gasło. W duszy miałam mrok i paraliżujący chłód, zupełnie jakby dementor był moim Aniołem Stróżem i wysysał ze mnie szczęście oraz chęć do życia. Z dnia na dzień coraz bardziej. 

         Dni mijały powoli, jakby jakiś złośliwiec zatrzymał czas za pomocą zaklęcia. Za dnia, kiedy coraz częściej padał deszcz, modliłam się o rychłe nadejście nocy. A kiedy zapadał mrok, leżałam z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc spać i myśleć. Mój umysł przestał planować. Wciąż wydawało mi się, że na coś czekam, lecz nie miałam pojęcia, na co. I chyba tylko to utrzymywało mnie przy życiu. Przez te niezliczone minuty, które marnowałam na przewracanie się z boku na bok w łóżku lub wałęsanie się po opustoszałych, pełnych kurzu i samotności korytarzach, starałam się odsuwać od siebie wspomnienia. Gdyby ktoś ujrzał mnie podczas moich codziennych wędrówek, śmiało mógłby pomyśleć, iż jestem duchem w tej postrzępionej, wyblakłej szacie, z ziemistą, zapadniętą twarzą i sinymi dłońmi, których nie powstydziłby się żaden nadgryziony nieboszczyk. Czasami wydawało mi się, że coraz bardziej do nich się upodabniam. Do martwych. Niepokoiłoby mnie to, gdybym nie miewała takich myśl zbyt często, jednak śmierć i ciche błagania o nią zdawały się przepełniać moje i tak już marne, przygnębiające życie. Dlaczego miałam istnieć, skoro tylko i wyłącznie leżałam w łóżku, marząc o zakończeniu tego wszystkiego? Dla samej egzystencji? To nie miało sensu. Ostatecznie sprowadzało się to do jednego: do śmierci.
         Czułam, jak sierpień dobiega końca. Już dawno straciłam poczucie czasu, nawet nie próbowałam liczyć dni od swojej ucieczki z Hogwartu, ale pogoda z dnia na dzień stawała się coraz bardziej paskudna, a atmosfera w rozpadającym się domu Riddle’ów przytłaczała, mimo że mieszkałam tu tylko ja i Szaul. Minęły dwa magiczne miesiące od… od morderstwa JEGO, choć wydawało mi się, że ukrywałam się już dwa lata. Czułam, że zaczynam tracić zmysły, więc mówiłam do kota. Wielokrotnie zdawało mi się, że słucha moich słów i je rozumie, co jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że wariuję.
         Tymczasem zaobserwowałam u siebie pewne zmiany, które zauważyłam już wcześniej, choć nie zwróciłam na nie większej uwagi. Na przykład zaniknięcie utraty krwi miesięcznej tłumaczyłam rzadkimi i nieregularnymi posiłkami, które do tego były podłe i zazwyczaj kiepskiej jakości. Fatalnego samopoczucia nie musiałam wyjaśniać: życie w nieustającym strachu, brak złota i towarzystwa wystarczyło, aby czuć się tak, jak ja w tej chwili. Jednak kiedy tylko zauważyłam u siebie zaokrąglony brzuch (bardzo widoczny z powodu skrajnego wychudzenia mego ciała) zaczęłam podejrzewać, że nie może być to jeden z objawów jakiejś choroby, lecz coś o wiele gorszego, co było mi teraz najmniej potrzebne. Kiedy myślałam, że nic gorszego nie może mnie spotkać, nie brałam pod uwagę takiej ewentualności, że mogę być w ciąży. Bo jak? Jakim cudem? Właściwie było to najgorsze, co mogło mnie w tej podłej chwili spotkać. Mogłam zmarnować życie temu dziecku, które od pierwszego dnia urodzenia będzie przegrane. Nic dobrego nie czeka go z taką matką jak ja. Mogłam albo się poddać i po prostu zakończyć i tak już marny żywot, albo wziąć się w garść, spróbować zawalczyć… Byłam czarownicą, można powiedzieć, że nawet całkiem niezłą, jednak w obecnej sytuacji moje zdolności na nic się nie zdadzą, ponieważ nie mogłam niczego przywołać, wyczarować bądź transmutować w coś, co byłoby mi w tej chwili potrzebne. Nie potrafiłam logicznie myśleć. Starałam się tylko nie myśleć, że noszę pod sercem dziecko osoby, która mnie zdradziła i oszukała. Od kiedy zdała sobie sprawę z mojego obecnego stanu, obchodziłam się z sobą jak najlepiej. Postanowiłam podjąć walkę. Byłam przecież Ślizgonką.

         Na nowo odzyskałam chęć do życia. Mimo tragicznej sytuacji, w której się znajdowałam, przepełniała mnie jakaś dzika radość, której nie potrafiłam wytłumaczyć. Wiedziałam, że będzie mi naprawdę ciężko, jednak dziecko… Mój Boże! W tej chwili wydało mi się czymś naprawdę cudownym! To piękny dar, który został mi zesłany od Najwyższego, owoc naprawdę głębokiej miłości. I teraz już nigdy nie będę sama. Chciałam dać mu tyle uczucia, aby nie odczuło braku ojca, choć wiedziałam, że będę w nim już zawsze widzieć Lockharta. Miałam już dla kogo żyć. Nie mogłam jednak przebywać wciąż w tym chlewie, w tym… Bez podstawowych środków do godnej egzystencji. Musiałam zwrócić się do kogoś z prośbą o pomoc. Kosztowało mnie to wiele nerwów i strachu, myślałam o tym bez przerwy, nawet w nocy, gdy włamywałam się do stodoły jednej z mugolskich rodzin i kradłam wywieszone do wyschnięcia skórki chleba przeznaczone na paszę dla kurczaków. Nie mogłam narazić Snape’a na niebezpieczeństwo, ale z dnia na dzień wzrastało zagrożenie życia mojego dziecka, do którego zdążyłam się już bardzo przywiązać.

         Pewnego pochmurnego wieczora udałam się wraz z gotowym listem na mugolską pocztę. Nie potrzebowałam sowy, aby wysłać wiadomość do czarodzieja. Na poczcie z pewnością pracowały osoby związane z naszym światem, które wyłapywały listy zaadresowane do czarownicy bądź czarodzieja. Wiedziałam, że to ryzykowne, ale bez wahania wrzuciłam podpisaną kopertę do żółtej, rdzewiejącej skrzynki, w której znajdowały się dokładne dane odnośnie czasu i miejsca spotkania, po czym szybko odeszłam, aby nikt mnie tutaj nie zauważył. Wzięłam na poważnie obietnicę Snape’a dotyczącą ciągłej gotowości, dlatego cierpliwie czekałam na najbliższy środowy wieczór, a czas dłużył mi się w nieskończoność, mimo że to były tylko niecałe cztery dni.

         Gdy nadeszła tak oczekiwana przeze mnie godzina dwudziesta, bezzwłocznie udałam się do lokalnej karczmy. Czułam się trochę nieswojo pośród tych wszystkich ludzi, mimo że było tam zaledwie sześciu staruszków, nie mogłam też opanować ciągłego drżenia dłoni. Rozglądałam się bacznie dookoła, jednocześnie starając się zwrócić na siebie jak najmniejszą uwagę; w końcu ujrzałam znajomą sylwetkę mężczyzny odzianego w długą czarną pelerynę, zwróconego twarzą w stronę wejścia. Siedział przy najbardziej zacienionym stoliku, lecz kiedy podeszłam bliżej, wstał. Znów zadrżałam. Tych ostatnich kilka stóp pokonałam niemalże biegiem, a gdy już byłam przy profesorze, padłam mu w objęcia. Tak bardzo brakowało mi takiego kontaktu z kimś, kto był po mojej stronie, że z całej siły przycisnęłam policzek do jego piersi, a i Snape zdawał się być mile zaskoczony tym przyjacielskim powitaniem. Jego ręce mocniej mnie oplotły, lecz kiedy on sam poczuł strukturę mojej postury, szybko odsunął mnie na długość ramion; na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia pomieszanego ze zniesmaczeniem. Widziałam, jak z niedowierzaniem wodzi wzrokiem po moim ciele.
         — Mój Boże, wyglądasz jak wrak — wykrztusił w końcu.
         W ogóle nie zdziwiła mnie jego reakcja. Musiał to być dla niego szok, najpierw widuje mnie jako może trochę zbyt ekscentryczną, ale raczej atrakcyjną, zdrową dziewczynę tryskającą samozadowoleniem i pewnością siebie. Teraz zaś zastał coś na kształt więźnia Auschwitz z króciutkimi, rzadkimi włosami sterczącymi niczym ciemne, zaledwie jednocentymetrowe druciki. Twarz miałam niczym szary, brzydki pergamin, pod oczami sine wory, a cała byłam koścista i jakby kanciasta, nieprzyjemna nawet dla siebie samej. Opadłam na krzesło, nie odrywając od Snape’a zlęknionego wzroku. Byłam teraz zupełnie innym człowiekiem i wciąż obawiałam się tego, co mi rzeknie.
         — To długa historia — odparłam, ubiegając jego pytanie. Westchnęłam ciężko. — Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. Tęskniłam za tobą, profesorze.
         Snape wyciągnął rękę i uścisnął moje zimne, suche dłonie w przyjacielskim geście. Uśmiechnęłam się lekko, a usta miałam nieco zdrętwiałe, ponieważ tak dawno nie gościł na mojej twarzy wyraz inny niż obojętność, że mięśnie musiały się skostnieć.
         — Mary Madeleine, musisz mi odpowiedzieć na jedno pytanie. — W jego głosie wyraźnie zabrzmiał niepokój. — Ty go zabiłaś? Dlaczego?
         Coś ścisnęło mnie w gardle. Już od dawna czułam trwogę przed tym pytaniem, jednak wiedziałam, że w końcu będę musiała wyznać mu prawdę. Tylko jemu mogłam zaufać i teraz tylko od niego zależało, co dalej się ze mną stanie, lecz kiedy oczami wyobraźni ujrzałam ową scenę tuż przed dokonaniem zbrodni… Coś we mnie pękło. To jedyne wspomnienie było kroplą, która przelała czarę. Jakaś żelazna rękawica przeraźliwej słabości chwyciła mnie za gardło, spierzchnięte wargi wykrzywiły się lekko, a łzy popłynęły rzewnie ze zwróconych gdzieś w kierunku sufitu oczu.
         — Weszłam tam, a on… on był z inną kobietą — udało mi się wykrztusić. — Zrobił ze mnie idiotkę, a ja mu wszystko powiedziałam… Kim jestem i w ogóle…
         Ukryłam twarz w dłoniach i zaszlochałam bezgłośnie, nawet nie starając się zapanować nad drżącymi ramionami. Snape milczał, czekając, aż się uspokoję, a trwało to jakiś czas. Odezwał się dopiero po dłuższej chwili:
         — Nie musimy o tym rozmawiać. Ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego uciekłaś. Dlaczego żyjesz wśród mugoli w takiej nędzy?
         — Jak to? Dokonałam morderstwa, wiem, że aurorzy wpadli na mój trop — wyszeptałam dziko wykrzywionymi wargami.
         Jego idiotyczny brak zrozumienia doprowadził mnie do szalonej irytacji. Ku mojej wściekłości, Snape uśmiechnął się pobłażliwie. Rozpacz spowodowana wspomnieniem owej nocy natychmiast usunęła się, aby zrobić miejsce wściekłości.
         — Ależ… Chyba trochę wszystko źle zrozumiałaś. Aurorzy nie wpadli na żaden trop, w Proroku Codziennym zawsze piszą w sposób… nazbyt optymistyczny — rzekł. — Zresztą nawet, faktycznie zainteresowali się… Z Azkabanu uciekł Syriusz Black. Jesteś bezpieczna.
         Uniosłam głowę, oczy miałam szeroko otwarte, a łzy wciąż lśniły na moich zapadniętych policzkach. Serce waliło mi w piersiach, dłonie drżały okropnie, ogarnęło mnie jakieś niedobre podniecenie. Informacja, którą przekazał mi Snape stawiała moje życie w zupełnie innym świetle. Poczułam się jak idiotka, kiedy sobie uświadomiłam, że przez tak długi czas ukrywałam się przed nikim. Tak naprawdę nikt mnie nie ścigał, mogłam bezkarnie wejść nawet do Ministerstwa Magii, a nikt by tego nie zauważył. Przez te wszystkie tygodnie żyłam jak zwierzę. Na próżno. Fakt, że udowodniłam sobie, jak wiele mogę przetrwać okazał się w tej chwili całkowicie bezwartościowy.
         — Byłam taka głupia — wyszeptałam bardziej do siebie, niż do Mistrza Eliksirów.
         — Ale gdybyś została, wszystko mogło potoczyć się inaczej. Jesteś… dzielna.
         Jego słowa zabrzmiały rozsądnie. To jest fakt, miałam krew Lockharta na rękach, nerwy w strzępach, a skórę naznaczoną piętnem Kaina… Nie trzeba być znawcą ludzkich zachowań, aby domyślić się, że coś się zdarzyło. Gdybym nie uciekła, mogłabym tego żałować do końca życia. Moja intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła.
         — Ach, mam coś dla ciebie. — Zaczął grzebać w wewnętrznej kieszeni szaty, po chwili zaś wyciągnął dwie koperty, wyciągnął rękę i wręczył mi je. — Josephine jakimś cudem wiedziała, że akurat do mnie może się zgłosić. Poprosiła mnie, żebym przekazał ci te listy. I jeszcze to.
         Na trzeciej kopercie znajdował się herb Hogwartu oraz podpis Albusa Dumbledore’a. Od razu zorientowałam się, że są tam moje wyniki z egzaminów. Zdrętwiałymi palcami ujęłam list, jakby był zrobiony z kruchego szkła. Snape nie oczekiwał, że otworzę go w tej chwili, po prostu przyglądał mi się uważnie z lekkim zaskoczeniem. Czułam, że właśnie na niego mogłam liczyć, naprawdę cieszyłam się, że się spotkaliśmy. Byłam nierozsądna, nie słuchając go. A przecież tyle razy mi mówił, że będę cierpieć, tyle razy ostrzegał… Teraz jednak nie było już odwrotu, dokonałam wyboru, z którym nie mógł się pogodzić.
         — Muszę ci coś powiedzieć — odezwałam się nieśmiało, a serce zabiło mi mocno w piersi. — Jestem w ciąży.
         Jeszcze nigdy nie wyglądał na tak zdziwionego, jak w tym momencie. Uniósł brwi, jego czarne, zazwyczaj zimne, puste oczy zrobiły się okrągłe, a na czole pojawił się rządek poziomych zmarszczek. Ja sama poczułam ulgę, że w końcu to z siebie wyrzuciłam, choć trochę się obawiałam jego reakcji. Po dłuższej chwili krępującego, ciężkiego milczenia Mistrz Eliksirów odezwał się:
         — Cóż. Zaskoczyłaś mnie, choć nie będę kłamał, że się tego nie spodziewałem. Jeśli byś potrzebowała pomocy… Możesz na mnie liczyć, mimo że to jego dziecko.
         — Nie potrzebuję pomocy, powiedziałam ci tylko dlatego, że chcę, abyś wiedział — odparłam szybko, prostując się gwałtownie.
         Właśnie tego się obawiałam! Że będzie chciał pomóc, ofiarować mi tę łaską, a później wypominać. Mężczyźni tacy właśnie są. Na dodatek codziennie widząc moje dziecko, będzie myślał tylko o Lockharcie, przez co będzie nieszczęśliwy. Oboje będziemy cierpieć, a po tym wszystkim, co przeszłam po ucieczce z Hogwartu, nie chciałam go unieszczęśliwiać. Zwłaszcza jego.
         — Nie pozwolę ci samej w tym tkwić, nawet sobie nie wyobrażasz, ile czasu i energii pochłania wychowanie dziecka, nie mówiąc już o złocie. — Jego głos zabrzmiał tak, jakby on sam tłumaczył coś wyjątkowo tępej uczennicy. Chyba zapomniał, że skończyłam już szkołę i nie jest już moim wychowawcą, a on sam nigdy nie miał do czynienia z małym dzieckiem.
         — To prawda, nie wiem, ale nie jestem słaba. Potrafiłam poradzić sobie bez złota, a teraz jestem wolna, w depozycie mam jeszcze oszczędności, które zostawiła mi matka. — Ja także odpowiedziałam mu z większą energią. Poczułam, że na nowo odzyskuję siebie. Powróciła pewność siebie i charakter. — Dziękuję za spotkanie i w ogóle za to, że jako jedyny się mnie nie wyparłeś, ale poradzę sobie sama. Muszę spróbować, nikt za mnie nie wydorośleje.
         Nie chciałam już kontynuować tej rozmowy. Wiedziałam, że jeśli Snape powie jeszcze choćby słowo, ulegnę. Tak naprawdę chciałam, aby mi pomógł. Tęskniłam za nim, w sercu bolało mnie, kiedy wstawałam szybko od nieheblowanego, brudnego stołu, lecz musiałam nauczyć się żyć bez niczyjej pomocy. Teraz to wiedziałam, że nikt za mnie życia nie przeżyje, poza tym nie chciałam z nikim się wiązać, a było jasne, czym się skończy wielce szlachetna pomoc Severusa Snape’a. Drugiej zdrady nie potrafiłabym znieść. Teraz nie mogłam już ufać żadnemu mężczyźnie. Im więcej o tym myślałam, tym większe miałam pragnienie, aby dopaść tę dziewczynę, która po części przyczyniła się do mojego upadku. Do dzisiaj nie mogłam nawet o tym marzyć, lecz teraz, kiedy okazało się, że mogę nareszcie normalnie żyć, stało się do bardzo realne.

         Wybiegłam z baru i tak szybko ruszyłam w stronę majaczącego w oddali budynku, jak tylko byłam w stanie. Snape nigdy by mnie nie gonił, to było oczywiste, a ja nie uciekałam przed nim. Snape się z tym pogodził. Chciałam jak najszybciej opuścić to miejsce i zacząć nowe życie.
         Kiedy wśliznęłam się do kuchni, na blacie stołu zastałam siedzącego Szaula. Wyglądał tak, jakby mnie oczekiwał. Miałam do załatwienia jeszcze jedną sprawę. Szybko usiadłam pod ścianą i rozerwałam kopertę, w której znajdowały się moje wyniki. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe, kiedy wygładzałam dłonią złożony pergamin.

Okropnie Wyczerpujące Testy Magiczne
Mary Madeleine Lucie Francis otrzymała następujące stopnie:
Obrona przed czarną magią — Wybitny
Zaklęcia — Powyżej Oczekiwań
Transmutacja — Powyżej Oczekiwań
Eliksiry — Wybitny
Numerologia — Wybitny
Zielarstwo — Powyżej Oczekiwań
Opieka nad magicznymi stworzeniami — Zadowalający

         Widząc stopnie z poszczególnych przedmiotów, poczułam przepełniającą mnie cudowną lekkość i słodką ulgę. Dzięki tej niepozornej karteczce mogłam dostać pracę i nareszcie zacząć się utrzymywać. Mogłam powiedzieć, że Snape, przynosząc mi potajemnie ten list, uratował mnie.

___________
         No, wróciłam już sobie z Warszawy, więc dodaję rozdział. Boże, takie uczulenie mnie dziś złapało… już myślałam, że nie przepiszę tego rozdziału, ledwo na oczy widzę, więc jakby się znalazły jakieś literówki czy coś, to dajcie znać xD I jak tam, ja już mam wakacje, choć zbliżają się powoli egzaminy na studia, a u Was? Pewnie jeszcze szkoła? xD

PS: Przepraszam, że wczoraj nie dodałam tego rozdziału, ale coś się zepsuło i nie mogłam nic opublikować. :<